Trzech braci, którym się powiodło, gardziło swoim bratem-chłopem

Bracia spojrzeli na siebie zagubieni.

— Szkoła we wsi? — kontynuował burmistrz. — Wyciągnął pieniądze z kieszeni. 2000, 3000 lei, za każdym razem, gdy było trzeba.
— Starzy ludzie, którzy nie mieli drewna na opał? To samo.
— Dzieci bez zeszytów? To samo.

Elena poczuła ucisk w żołądku.

— Ale… skąd? — zapytała.

Burmistrz westchnął.

— Z ziemi. Z pracy. Z potu. I z umysłu jaśniejszego niż w wielu klimatyzowanych biurach.

W tym momencie na podwórze wszedł prawnik rodziny, niosąc zniszczoną teczkę.

— Przepraszam, że przerywam — powiedział. — Ale myślę, że już czas.

Matka usiadła na krześle.