Samochód skręcił w miejscu, którego Margareta nie rozpoznała.
To nie była droga do zakładu psychiatrycznego. To nie były szare budynki ani wysokie płoty, o których słyszała od innych kobiet z sąsiedztwa.
„Lidia… dokąd jedziemy?” zapytała lekko drżącym głosem.
Lidia nie odpowiedziała od razu. Przygryzła wargę, zwolniła i zjechała na prawo, w pobliże małego parku osiedlowego. Było cicho. Słychać było tylko szelest liści i kilkoro dzieci bawiących się na huśtawce.
„Mamo” – powiedziała w końcu, zwracając się do Margarety. – „Proszę, wysłuchaj mnie do końca”.