Starzec pozwolił łzom płynąć bez wstydu. Zrozumiał, że to nie poświęcenie było najtrudniejsze, ale cierpliwość. Cierpliwość, by wierzyć, mieć nadzieję, by się nie poddawać, gdy wszystko wydawało się stracone.
Kiedy samolot osiągnął wysokość przelotową, jedna z córek położyła dłoń ojca na kierownicy. „Teraz ty prowadź, przynajmniej przez chwilę”. Poczuł wibracje samolotu, moc lotu i zamknął oczy. Jakby cały wszechświat śpiewał do niego.
W naszej rumuńskiej kulturze istnieje trudne słowo: „ofiara”. Tak właśnie żył, jak chłop na rumuńskiej wsi, który sprzedaje krowę, żeby posłać dziecko do szkoły, łamie chleb, żeby dziecku żyło się lepiej. Cicha ofiara, niewidzialna, ale pełna mocy.
Kiedy samolot wylądował w lśniącej stolicy, starzec nie mógł już powstrzymać zdumienia. Ogromne bryły, olśniewające światła, samochody poruszające się niczym gwiazdy na ziemi. Córki prowadziły go za rękę do luksusowego hotelu. „Tu odtąd będziesz mieszkał, ojcze. Spełniły się wszystkie twoje marzenia”.