Ich reflektory przebijały się przez śnieżycę, a ja z trudem dostrzegłam tuzin mężczyzn stojących razem i osłaniających się przed wiatrem.
Jeden z nich zapukał do moich drzwi. Jego broda była oszroniona, a oczy zmęczone.
— Proszę pani — powiedział — jest jakaś szansa, że wpuści nas pani na kawę?
— Stoimy tu od godzin. Drogi są zamknięte. Nie dojedziemy dziś do następnego postoju.
Zawahałam się. Prowadzenie baru w pojedynkę i tak było trudne, a dwunastu głodnych kierowców brzmiało przytłaczająco.