Odeszła bez pożegnania…

Ale jakaś jego część pozostała niezmieniona.

Niezniszczona.

Po prostu… cichsza.

Aż pewnego wieczoru wszystko znów się zmieniło.

To było nieoczekiwane.

Jak za pierwszym razem.

Niczego nie szukał.

Po prostu przeżywał kolejny normalny dzień.

Dopóki jej nie zobaczył.

Po drugiej stronie ulicy.

Przez chwilę nic nie miało sensu.

Czas wydawał się nierealny.

Wyglądała tak samo.

Ale inaczej.

Spokojniej.

Bardziej pewnie.

Też go zobaczyła.

I po raz pierwszy od lat…

Nie było ciszy.

Nie spieszyli się.

Nie udawali, że nic się nie stało.

Po prostu stali tam, mierząc się ze wszystkim, co pozostało niedokończone.

W końcu się odezwała.

Nie po to, żeby wszystko wyjaśnić.

Ale dość.

Powiedziała mu, że odejście nie dotyczyło jego.

Chodziło o nią.