O wschodzie słońca podwórko było pełne. Nie syrenami dla mnie, ale dla niego. Technicy kryminalistyczni schodzili do piwnicy Radu. Dywan został znaleziony. I matka Leo.
Dla niej było za późno. Ale nie dla dziecka.
Radu był przykuty kajdankami do noszy, krzycząc, że zwariowałam, że porwałam dziecko. Nikt go już nie słuchał.
Leo wyszedł z bezpiecznego pokoju i przytulił się do mnie.
„Jesteś gotowa?” – zapytał.
Przytuliłam go do piersi.
„Tak, kochanie. Jest już gotowe”.
Kilka miesięcy później siedziałam z nim na ławce przed domem. Miał nowy plecak, znowu się śmiał. Sąd przyznał mi opiekę. Ludzie we wsi przywitali mnie inaczej. Z szacunkiem.
I wróciłem do wioski.
Ale nie dlatego, że byłem słaby.
Ale dlatego, że nie było już potrzeby walczyć.