Moja córka szepnęła do telefonu: „Tato, proszę, pomóż mi”

W willi Pătrașcu cisza została przerwana. Czarne samochody, dowody osobiste, zdecydowane kroki. Radu został podniesiony z kanapy, wciąż blady na twarzy. Doina zaczęła krzyczeć o pieniądzach, prawnikach, wpływach. Na nikim to nie robiło wrażenia.

Odżyły stare urazy. Sąsiedzi, którzy słyszeli krzyki. Byli pracownicy. Pielęgniarka, która widziała siniaki i której płacono za milczenie. Wszystko zbiegło się w czasie, jakby zawaliła się tama.

Dwa dni później sędzia podpisał nakaz ochrony. Radu nie mógł się zbliżać. Doina była badana pod kątem porwania i przemocy. Bogactwo już nie pomagało. Ani willa, ani rachunki.

Wszedłem do salonu Marii. Jej włosy były krzywo obcięte, ale oczy miała czyste.

— Wstydzę się — powiedziała cicho.

— Nie ciebie — odpowiedziałem. Zostaw ich.

Stałem przy niej, aż zasnęła. Kiedy wstałem, na korytarzu czekał na mnie funkcjonariusz.