„Przyniosłaś wstyd temu domowi” – powiedziała lodowato jego matka. „To dziecko nie było częścią umowy.”
„To koniec, Claire” – dodał Edward, nie patrząc jej w oczy. „Wyślemy ci twoje rzeczy. Po prostu odejdź.”
Claire nie wypowiedziała słowa. Łzy zasłaniały jej wzrok, gdy mocniej owinęła chustę wokół małego syna.
Porzuciła wszystko, by wejść do tej rodziny – swoją sztukę, swoje miasto, swoją niezależność. A teraz wyrzucano ją jak śmieć, jakby nie miała imienia, wartości.
Jej syn, Nathaniel, cicho jęczał. Kołysała go delikatnie i szeptała: „Ciii, kochanie. Mama jest tutaj. Nieważne, co się stanie.”
Bez parasola, bez samochodu, bez planu wyszła na burzę. Whitmore’owie nawet nie zadając sobie trudu, by zadzwonić po taksówkę. Po prostu patrzyli przez okno, gdy znikała w szarym deszczu.
Przez tygodnie Claire spała w schroniskach, czasem w kościołach, czasem w nocnych autobusach. Sprzedawała biżuterię, ostatnio obrączkę ślubną.