To był moment, kiedy powoli, bezszelestnie, podnosiła się z zimnej podłogi i stawała nieruchomo, nastawiając uszy, jakby nasłuchiwała głosów, których nikt inny nie mógł usłyszeć.
Tego ranka jednak nie była noc.
Drzwi schroniska otworzyły się bez skrzypnięcia, a koła wózka inwalidzkiego delikatnie przesunęły się po mokrym cemencie. Wolontariusze niemal jednocześnie podnieśli wzrok. Goście byli rzadkością. Goście na wózkach inwalidzkich – jeszcze rzadziej.
Dziewczynka miała około czternastu lat. Szczupła, z włosami związanymi w prosty kucyk, miała na sobie za dużą kurtkę. Na kolanach trzymała tekturową teczkę, ściskając ją w obu dłoniach. Jej oczy były szeroko otwarte i uważne, nie przestraszone, lecz zaciekawione.
„Dzień dobry” – powiedziała cicho.