List był krótki. Bez dramatyzmu. Bez wyrzutów.
Po prostu prawda.
Napisałam do niego o trzech latach spędzonych na budowach, w kurzu i upale, podczas gdy Lidia robiła sobie zdjęcia. O nocach, kiedy zasypiałam na deskach, z zimną kawą obok. O projektach, które przedstawiał jako „pomysły doradców”, ale które nosiły mój podpis.
Powiedziałam mu, że mała firma, ignorowana przez wszystkich, została założona po cichu, za radą starego profesora, który powiedział mi: „Jeśli nie zrobię ci miejsca przy stole, zbuduj sobie własny stół”.
Powiedziałam mu, że nie podpiszę klauzuli. I że nie będę już o nic prosić.