Adelina stała przed piecem, jakby cały świat zamilkł. Ogień tańczył pod garnkiem, a jego światło odbijało się w jej spokojnych i skupionych oczach.
Za nią właścicielka zbliżała się do niego pewnie, przekonana, że czeka go upragniony spektakl upokorzenia. Skrzyżował ramiona, uśmiechając się zimno. W jego umyśle scena była już zapisana: przestraszona praczka, stół pełen ważnych gości i pogardliwy śmiech.
Ale coś było nie tak, jak się spodziewał.
Wszystkie oczy w kuchni zwrócone były na Adeline. Nie wyglądała na przestraszoną. Nie drżała. Jej ruchy były pewne, płynne, precyzyjne.
Zdecydowanym ruchem włączyła piec. Dotknęła temperatury grzbietem dłoni, ułożyła składniki jak dyrygent przed symfonią. Zawiązała fartuch. Spokojnie. Zdeterminowana.
— To nie teatr! — wybuchnął właściciel. — Rób, co ci kazano!
Jednak w jego głosie słychać było lekkie wahanie.