Adelina stała przed piecem, jakby cały świat zamilkł. Ogień tańczył pod garnkiem, a jego światło odbijało się w jej spokojnych i skupionych oczach.
Wszystkie oczy w kuchni były utkwione w Adelinie. Nie wyglądała na przestraszoną. Nie drżała. Jej ruchy były pewne, płynne, precyzyjne.
Zdecydowanym ruchem włączyła piec. Dotknęła temperatury grzbietem dłoni, ułożyła składniki jak dyrygent przed symfonią. Zawiązała fartuch. Spokojnie. Z determinacją.
— To nie teatr! — wybuchnął właściciel. — Rób, co ci każą!
Ale w jego głosie słychać było lekkie wahanie.
Adelina wzięła nóż. Sposób, w jaki go trzymała, sprawił, że wszyscy ucichli. Pomocnik szefa kuchni wyszeptał niemal z szacunkiem: — Coś takiego… widuje się raz na tysiąc żyć.
Dźwięk noża na desce do krojenia był rytmiczny. Nie był to dźwięk strachu. To był dźwięk doskonałości.