Poranek naszego ślubu przebiegał dokładnie tak, jak zawsze go sobie wyobrażałam. W powietrzu unosił się lekki chaos, poczucie magii i ta wyjątkowa atmosfera miłości, która zdawała się otulać wszystko wokół.
Moje druhny miały zaraz przyjechać, a czekał nas lekki lunch: deska serów i kieliszek szampana.
Moja suknia spoczywała w pokrowcu, gotowa na najważniejszą chwilę mojego życia. Stałam tam, przepełniona emocjami, wiedząc, że za kilka godzin poślubię Alexandra — mojego najlepszego przyjaciela, mężczyznę, który sprawił, że znów uwierzyłam w miłość na zawsze.
Zdecydowaliśmy się na ślub o zachodzie słońca, na jachcie. Dzięki temu mieliśmy cały dzień na przygotowania i delektowanie się każdą chwilą… przynajmniej tak mi się wydawało.