Maria poczuła, jak krew zastyga jej w żyłach. Ktoś schodził. Ktoś, kto wiedział o tych schodach. Ktoś, kto nie chciał zostać odkryty.
Szybko zamknęła pudełko, mocno naciągnęła fartuch na pierś i przycisnęła się do ściany, trzymając lampę jak najbliżej, jakby słabe światło było jej jedyną obroną.
W otworze pojawił się cień mężczyzny.
Maria wstrzymała oddech.
Kiedy postać weszła do pokoju, uniosła lampę, a jego twarz się rozjaśniła.
— Pan Jacob?!…
Mężczyzna patrzył na nią długo. Nie ze złością. Nie ze strachem. Ale ze smutkiem, jakiego Maria nigdy wcześniej u niego nie widziała.
— Nie miałaś tu trafić, Mario… ale jeśli trafiłaś, to znaczy, że tak miało być.
Wszedł do pokoju, pochylił się, dotknął dużej skrzyni i westchnął głęboko.