Następnego ranka, zmarznięta i niewyspana, dojechałam do niewielkiego zajazdu w pobliżu centrum Boulder. Pachniało tam drewnem cedrowym i kawą. Ciepło było niemal fizyczne — jak koc narzucony na ramiona.
Poprosiłam o jeden nocleg. Recepcjonista podał terminal. Przeciągnęłam metalową kartę i przez krótką chwilę nic się nie działo. A potem… jego twarz stężała.
Zaczął mówić ciszej, sięgnął po telefon i wypowiedział zdanie, które sprawiło, że ścisnęło mi się gardło: „Tak… tak, ona jej użyła”.
„Proszę nie wychodzić. Ktoś zaraz przyjedzie.”
Nie rozumiałam, dlaczego zwykła płatność miałaby kogokolwiek interesować. Jednak po kilku minutach weszło dwóch mężczyzn w ciemnych garniturach. Nie wyglądali jak hotelowa obsługa ani policja. Poruszali się pewnie, jak osoby przyzwyczajone do kontroli sytuacji.
Jeden z nich podszedł do mnie i — ku mojemu zdumieniu — zwrócił się uprzejmie, używając mojego nazwiska.