— Chcę, żeby umowa była przestrzegana dokładnie tak, jak jest spisana — powiedziałam po prostu.
Do południa wszystkie powiadomienia zostały wysłane. Oficjalnie. Prawnie. Bez skandalu.
Wieczorem zadzwonił do mnie Trofim. Już nie pisał. Głos mu drżał.
— Mamo… co zrobiłaś?
— Nic więcej. Tylko tyle, ile trzeba — odpowiedziałem spokojnie.
Tego samego wieczoru jego teściowa, pani Rodica, ta, która „nie chciała mnie widzieć”, dowiedziała się, że willa, w której mieszkali, już do nich nie należy. Że mają trzydzieści dni na opuszczenie domu. Trzydzieści. Ani dnia dłużej.
Przyszli do mnie następnego dnia. Oboje. Bez dziecka. Z ponurymi minami.
— Mamo, to było nieporozumienie… — zaczął Trofim.
— Nie — powiedziałem jej. To był wybór.