MYŚLAŁAM, ŻE MÓJ ŻYCIE JEST SPOKOJNE W WIEKU 64 LAT — AŻ MÓJ PIES PRZY

Podlewałam kapustę, kiedy zobaczyłam Bandita wracającego z lasu, który graniczył z zachodnim polem.

Na początku niczego się nie domyśliłam — dopóki nie zauważyłam, że nie jest sam.

Za nim szedł koń.

Prawdziwy, dorosły, kasztanowy koń z splątanym grzywą i jasnymi, ciekawskimi oczami.

Stałam jak sparaliżowana, wąż ogrodowy wciąż w dłoni.

„Bandit… co tym razem przyniosłeś do domu?” zamruczałam.

Koń zatrzymał się kilka kroków ode mnie, uszy do przodu, jakby czekał na zaproszenie.

Bandit machał ogonem i zaszczekał raz, dumny i zadowolony z siebie.

Koń wyglądał na zdrowego — bez widocznych ran, bez oznak zaniedbania.

Ale nie miał kantara, siodła, ani żadnego znaku.

Tylko miękkie brązowe oczy, które zdawały się mówić: Ufam ci.

Powoli zrobiłam krok do przodu i wyciągnęłam rękę.

Nie cofnęła się.

Pozwoliła pogłaskać szyję i przesunąć dłoń wzdłuż boku.

Jej sierść była ciepła i czysta.

Ktoś się nią opiekował.

Ale kto?