Córka miliardera miała tylko trzy miesiące życia — aż nowa pokojówka o
Cisza, która wpełzała w ściany, siadała przy stole, kładła się w łóżkach i oddychała razem z tobą.
Richard wypełnił posiadłość tym, co najlepsze: prywatni lekarze, zaawansowany sprzęt medyczny, pielęgniarki zmieniające się co tydzień, terapia ze zwierzętami, delikatna muzyka, książki, importowane zabawki, kolorowe koce, ściany pomalowane ulubionym odcieniem Luny. Wszystko było perfekcyjne…
Poza jedną rzeczą, która się liczyła.
Oczy jego córki były dalekie, nieostre, jakby świat istniał za szkłem.
Od śmierci żony Richard przestał być człowiekiem znanym z okładek magazynów biznesowych. Przestał chodzić na spotkania.
Przestał odbierać telefony. Przestał dbać o „imperium”. Imperium mogło przetrwać bez niego.
Luna nie mogła. Jego życie stało się surową rutyną: wstawanie przed świtem, przygotowywanie śniadania, którego prawie nie dotykała, sprawdzanie leków, zapisywanie w notesie każdej drobnej zmiany — każdego ruchu, każdego oddechu, każdego wolniejszego mrugnięcia — jakby zapisanie tego mogło zatrzymać czas.
Ale Luna prawie nie mówiła. Czasem kiwała głową lub potrząsała nią. Czasem nawet tego nie.