Camila zrobiła krok w tył, zdjęła pierścionek i położyła go na ołtarzu. Prosty, ostateczny gest.
— Nie poślubisz mnie. Nie poślubisz moich pieniędzy. Nie poślubisz przyszłości mojej rodziny.
Radu odszedł w milczeniu, pod spojrzeniami wszystkich. Bez oklasków. Bez wytłumaczeń. Bez triumfu.
Camila odwróciła się do ojca. Eduard miał łzy w oczach, ale uśmiechał się. Otworzył ramiona, a ona weszła w jego objęcia, po raz pierwszy tego dnia czując prawdziwe oddychanie.
Wieczorem goście zostali. Muzyka znów popłynęła w ogrodzie. Jedzono, pijano, śmiano się. To nie był ślub. To była wolność.
Camila, boso na trawie, z rozłożoną suknią i odłożonym welonem, zrozumiała jedno: czasem nie chodzi o utratę miłości. Czasem chodzi o odzyskanie siebie, zanim będzie za późno.
A w tej chwili, stojąc w ogrodzie, wiedziała, że nigdy więcej nie pozwoli, by ktokolwiek odebrał jej wolność.