I w tym momencie w mojej piersi zapłonęła iskra, której Edi nie zdołał ugasić: nadzieja.
Oddech Călina był ciepły, słaby, ale rytmiczny. To było wszystko, czego potrzebowałam. Odczekałam jeszcze kilka sekund, aż upewniłam się, że przed domem nie słychać już żadnych kroków, a jego samochód nie odbija się echem od ulicy. Potem, powoli, z wolą, której nie wiem, skąd mi się wzięła, zebrałam siły.
Najpierw uniosłam głowę, a potem podniosłam się na kolana. Bolała mnie głowa. Pokój się poruszał. Ale nie spałam.
„Călin, kochanie, słyszysz mnie?”, wyszeptałam.
Mój synek zamrugał, jego oczy były ciężkie, ale obecne. Lekko pokręcił głową.