Deszcz lał bez końca, bębniąc o dach eleganckiego, czarnego samochodu, który sunął przez zalane ulice miasta.
W środku, na skórzanych siedzeniach i otoczony ciepłym powietrzem, siedział Daniel Cole — miliarder, inwestor, człowiek, którego imię wywoływało dreszcze na Wall Street.

Dla niego życie stało się rytmem transakcji, drapaczy chmur i gier o władzę.
A jednak w tamtej chwili jego świat się zatrzymał.
Pod wiaduktem stała wychudzona postać, przemoczona do suchej nitki, trzymająca laskę w drżących dłoniach.
Podniosła głos ponad burzę.
— Proszę pana, proszę o monetę.
Kierowca poruszył się, gotowy ją odpędzić, lecz Daniel gwałtownie podniósł rękę.