— To twoje święto — to ty przyjmuj gości i ich ugaszczaj — żona zostaw

Walerij Pietrowicz przygotowywał się do swoich pięćdziesiątych urodzin ze szczególnym zapałem. Okrągła data, jubileusz — to nie przelewki. Już widział oczami wyobraźni, jak współpracownicy będą zachwycać się zastawionym stołem, jak szef działu sprzedaży, Michaił Siemionowicz, kiwnie z uznaniem głową, doceniając rozmachem. A może i sam dyrektor wpadnie na chwilę. Takie rzeczy się pamięta. Takie rzeczy budują reputację.

— A menu ułożyłaś? — krzyknął, nie wychodząc z salonu, gdzie rozkładał na ławie próbki serwetek, wybierając między kremowymi a białymi ze złotym tłoczeniem.

— Ułożyłam — dobiegło z korytarza.

— To przynieś!

Lena otarła ręce o fartuch i wyjęła z kuchennej szuflady kartkę z zeszytu, zapisaną drobnym, starannym pismem. Walerij wyrwał ją z jej rąk i przeleciał wzrokiem.

Jego twarz się wydłużyła.

— Co to jest? — potrząsnął kartką, jakby była fałszywym banknotem. — Sałatka Olivier, śledź pod pierzynką, galareta, pieczeń? Poważnie?

— A co jest nie tak? — Lena mimowolnie się spięła.