— To twoje święto — to ty przyjmuj gości i ich ugaszczaj — żona zostaw

— Co nie tak?! — Walerij zerwał się z kanapy. — To przecież banał! To jest na każdym stole! Ja potrzebuję święta, rozumiesz? Reprezentacyjnego stołu! Żeby ludziom szczęki opadły! A ty mi co proponujesz? Ucztę jak ze stołówki z czasów ZSRR!

— Walera, mogę dodać jeszcze jakieś dania, ale to klasyka, ludzie lubią…

— Ludzie lubią! — przedrzeźnił ją. — Ludziom i parówki z makaronem smakują, jak są głodni! Ja chcę, żeby moi goście zobaczyli: Walerij Pietrowicz Morozow umie żyć! Żeby zrozumieli, że nie jestem jakimś tam drobnym menedżerem, tylko człowiekiem z pozycją!

Lena stała w milczeniu, opuszczając wzrok. Palce nerwowo skubały brzeg fartucha.

— Przerób to — rzucił Walerij, ciskając kartkę na stół. — I żeby do jutra wieczorem było nowe menu. Porządne. Z wykwintami. Przystawki na ciepło i na zimno, nietypowe sałatki, czerwona ryba, może jakieś ostrygi. Ogólnie — myśl! Po co ja cię utrzymuję?

Odwrócił się i wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami. Lena podniosła kartkę z podłogi, wygładziła ją i powoli powlokła się do kuchni. Usiadła przy stole, wpatrzyła się w okno. Za szybą mżył drobny jesienny deszcz i miasto wydawało się szare, rozmyte, zmęczone.