To nie jest hotel „all inclusive”! — wybuchłam, kiedy teściowa bez pyt
— Marina, wszystko w porządku?
— Nie, — krótko odpowiedziała, dalej krojąc warzywa. — Nie jest w porządku.
— Co się stało? — mąż podszedł bliżej.
— Stało się to, że twoja matka przyprowadziła gości bez uprzedzenia, rozlokowała ich po naszym mieszkaniu i żąda, żebym zrobiła im kolację, — Marina spojrzała na Dmitrija. — To ci się wydaje normalne?
— Marina, no przecież to Tola, mój brat, — rozłożył ręce mąż. — I ciotka Walcia. Bliscy ludzie.
— Bliscy ludzie zwykle uprzedzają o wizycie, — powtórzyła Marina. — Pytają, czy to wygodne.
— A jaka to różnica, — Dmitrij skrzywił się. — To tylko na kilka dni.
— Różnica jest taka, że to nasz dom, — Marina odłożyła nóż. — Nasza prywatna przestrzeń. I decyzje o tym, kogo tu wpuszczać, powinniśmy podejmować razem.
— Przesadzasz, — westchnął mąż. — Mama chciała pomóc rodzinie, hotele są drogie.
— Pomóc moim kosztem? — Marina skrzyżowała ręce na piersi. — Ja mam gotować, sprzątać, prać po gościach, o których nie prosiłam?
— No bo nie można odmówić krewnym, — Dmitrij wzruszył ramionami.
— Można, — powiedziała twardo Marina. — Kiedy nie szanują twoich granic. Skoro jesteś taki dobry, będziesz spał w salonie, a ja z dziećmi w sypialni.
Mąż zamilkł, odwrócił się i wyszedł z kuchni. Marina została przy desce, czując, jak drżą jej ręce. Rozmowa do niczego nie doprowadziła — Dmitrij, jak zawsze, stanął po stronie matki.
Przez ostatnie lata tak było bez przerwy. Jeśli wybuchał konflikt między żoną a teściową, mąż wybierał matkę. Tłumaczył ją, bronił, prosił Marinę, by „zrozumiała”. A o sytuacji żony nawet nie myślał.
Marina dokończyła sałatkę, podgrzała zupę i nakryła do stołu. Zawołała wszystkich na kolację. Galina Siergiejewna, Anatolij i Walentyna usiedli i obejrzeli dania.