— Po co tu przyjechałaś?! Wynoś się, bo zadzwonię po policję! — wrzasn

Od razu zauważyła, że furtka jest uchylona.

Dziwne.

Zawsze, bez wyjątku, zamykała ją na dużą kłódkę.

Wysiadła z samochodu i przyjrzała się uważniej.

Na ścieżce były świeże ślady — duże, na pewno nie jej.

A okno na werandzie było szeroko otwarte, choć Alicja doskonale pamiętała, że tydzień temu przed wyjazdem wszystko pozamykała.

Serce jej zamarło.

Złodzieje?

Ale jacy złodzieje zostawiają okna otwarte i nie zamykają za sobą furtki?

Ostrożnie popchnęła furtkę, nasłuchując, i poszła do domu znaną ścieżką.

Na ganku stało obce obuwie — damskie kapcie w kwiatki i męskie sneakersy w rozmiarze czterdzieści cztery.

Alicja zatrzymała się, wpatrując się w nie.

Kapcie wydały jej się znajome.

Bardzo znajome.

W domu paliło się światło, chociaż na zewnątrz było jasno.

Z kuchennego okna dobiegał cichy dźwięk — ktoś włączył radio, leciała jakaś stara estradowa piosenka.

Alicja weszła na ganek, starając się nie hałasować, i pchnęła drzwi.

Nie były zamknięte.

Nawet nie były domknięte do końca.

Pierwszą rzeczą, którą zobaczyła w przedpokoju, były cudze rzeczy.

Duże torby podróżne, kartonowe pudła, siatki z jedzeniem.

Na wieszaku wisiała kurtka, którą Alicja nie raz widziała na teściowej.

— Co tu się dzieje? — powiedziała półgłosem, czując, jak w środku narasta oburzenie.

Z kuchni wyszła kobieta w domowym niebieskim szlafroku, z dużym ceramicznym kubkiem w rękach.

Teściowa.

Galina Iwanowna.