— Jesteś ranny?
Andriej pokręcił głową. Nadal nie mógł mówić.
— Chodź ze mną. Tu nie ma gdzie się zatrzymać.
Przeszli kilka przecznic dalej, do starego, ale zadbanego budynku. Nie wyglądał na opuszczony. Mężczyzna wyjął klucz.
Andriej zatrzymał się.
— Czekaj… mieszkasz tu?
Mężczyzna patrzył na niego długo. Potem lekko się uśmiechnął.
— Niezupełnie.
Weszli do jasnego korytarza. Czystego. Ciepłego. Zapachu herbaty i drewna.
Maria uścisnęła dłoń brata.
— Co to za miejsce?