Moje rodzeństwo i ja uciekliśmy od naszego ojca alkoholika i skończyliśmy głodując na ulicy

— Wynoś się. Natychmiast.

Głos nie był podniesiony. Ale było w nim coś, co przecinało powietrze.

Trzej odwrócili się zirytowani. Zza śmietnika wyszedł obdarty mężczyzna z długą brodą i brudnymi ubraniami. Wyglądał jak bezdomny. Słaby, ale krzepki. Trzymał w ręku stary drewniany kij.

— Idź, staruszku, zajmij się swoimi sprawami — warknął ten z blizną.

Mężczyzna zrobił krok naprzód. To było to.