— Wynoś się. Natychmiast.
Głos nie był podniesiony. Ale było w nim coś, co przecinało powietrze.
Trzej odwrócili się zirytowani. Zza śmietnika wyszedł obdarty mężczyzna z długą brodą i brudnymi ubraniami. Wyglądał jak bezdomny. Słaby, ale krzepki. Trzymał w ręku stary drewniany kij.
— Idź, staruszku, zajmij się swoimi sprawami — warknął ten z blizną.
Mężczyzna zrobił krok naprzód. To było to.