Marek spojrzał na żonę z niepokojem, obawiając się tego, co nastąpi po jego pytaniach.
Anna powoli odwróciła głowę w stronę męża i obdarzając go pogardliwym spojrzeniem, powiedziała:
— Kolacja jest tam, gdzie są twoje pieniądze, kochanie.
Marek spojrzał na żonę z niepokojem, obawiając się tego, co nastąpi po jego pytaniach.
Anna powoli odwróciła głowę w stronę męża i obdarzając go pogardliwym spojrzeniem, powiedziała:
— Kolacja jest tam, gdzie są twoje pieniądze, kochanie.
— Anno, czy coś się stało? — Marek spróbował innego podejścia i, zapominając o kolacji, próbował zrozumieć przyczynę tak dziwnego zachowania zawsze uprzejmej żony.
— Stało się? — zapytała, jakby była zdziwiona. — U mnie nie. U ciebie najprawdopodobniej tak. Bo od jutra już tu nie mieszkasz. I zaczniesz przyzwyczajać się do nowego statusu: rozwiedzionego mężczyzny.
Marek najpierw tylko się uśmiechnął — krótko, nerwowo, jakby usłyszał nie groźbę, lecz nieudany żart.
— Co ty mówisz, Anno… — potarł kark dłonią. — Za dużo wypiłaś. Bez tych dramatów. Jestem zmęczony.
Ona pooli zaciągnęła się, strząsnęła popiół do spodka i dopiero wtedy odpowiedziała:
— Zmęczony? Ciekawe. Wiesz, jak bardzo męczy się człowiek, gdy przez lata łata dziury, o których mąż nawet nie ma pojęcia?
Zmarszczył brwi, podszedł bliżej i spojrzał jej w twarz, jakby liczył, że zobaczy dawną żonę — tę, która krzątała się przy kuchence i pytała, czy jest głodny.
— O czym ty w ogóle mówisz?
Anna postawiła kieliszek na stole. Szkło zadźwięczało ostro, jak kropka kończąca zdanie.
— Dziś błam w banku, Marku.
— I co z tego?
— I dowiedziałam się, że z naszego wspólnego konta w ciągu ostatnich sześciu miesięcy zniknęła suma, za którą można by kupić samochód.
Zastygł. Tylko na moment. Ale to wystarczyło.