— Przeglądałaś mój telefon? — zapytał ostro.
— Nie. Po prostu wreszcie otworzyłam oczy.
— Przeglądałaś mój telefon? — zapytał ostro.
— Nie. Po prostu wreszcie otworzyłam oczy.
W pokoju zrobiło się ciasno. Powietrze zgęstniało, nasiąknięte winem, dymem i prawdą, od której nie dało się już uciec.
— To tymczasowe — zaczął pośpiesznie. — Wszystko oddam. To był trudny okres…
— Dla ciebie — przerwała Anna. — Dla mnie, jak widać, codzienność. Pracować, płacić, wierzyć i milczeć.
Wstała. Powoli, pewnie. Bez histerii, bez łez — tylko zmęczenie, które łamało kości.
— Mam dość bycia tłem twojego życia, Marku. Dość bycia tą, u której „wszystko w porządku”, nawet gdy wszystko się wali.
— Wyrzucasz mnie przez pieniądze? — zachrypiał, uśmiechając się krzywo.
Anna podeszła do szafy, wyjęła wcześniej przygotowaną teczkę i położyła ją na stole.
— Przez kłamstwa. Pieniądze są tylko dowodem.
Otworzył teczkę. Dokumenty, wyciągi, wniosek. Wszystko uporządkowane, rzeczowe. Jak ona potrafiła.
— Wszystko zaplanowałaś wcześniej… — wydusił.
— Tak. Dzisiaj. Kiedy zrozumiałam, że kolacja jest dla ciebie ważniejsza niż prawda.
Spojrzała na zegarek.
— Masz noc na spakowanie rzeczy. Rano zmieniam zamki.
Marek długo milczał. Potem powoli skinął głową, jakby nagle postarzał się o kilka lat.
— Nie sądziłem, że jesteś do tego zdolna.