Znalazłem ją pogrzebaną na głębokości sześciu metrów, trzymającą misi
Tup. Tup.
Było bliżej. Mocniej.
Posunąłem się naprzód, obcierając łokcie do krwi o chropowaty beton. Powietrze stawało się ciężkie, pełne CO₂.
Przecisnąłem się przez wąską szczelinę między zmiażdżoną beżową kanapą a belką stropową, która pękła jak wykałaczka.
I wtedy ją zobaczyłem.
Mała kieszeń powietrzna. Może metr na metr.
Klasyczny wzór „lean-to”, gdzie ściana oparła się o solidny mebel, tworząc maleńki trójkąt przetrwania.
A w środku, skulona w kącie, pokryta białym pyłem jak posąg, siedziała dziewczynka.
Nie mogła mieć więcej niż sześć lat.
Spojrzała na mnie, jej oczy szerokie i nienaturalnie białe na tle brudnej twarzy.
Nie płakała. Była w szoku. Ale nie tylko to.
Świeciłem światłem na jej drobną sylwetkę. Była zwinięta w kulkę, chroniąc brzuch.