Znalazłem ją pogrzebaną na głębokości sześciu metrów, trzymającą misi
A w ramionach, ściśnięty tak mocno, że aż pobielały jej kostki, tkwił miś. Różowy, brudny, z brakującym guzikiem zamiast oka.
— Cześć — powiedziałem cicho, kontrolując oddech, by nie okazać strachu przed pękającą płytą betonu nad jej głową. — Mam na imię Mark. Wyciągnę cię stąd.
Nie odpowiedziała. Ścisnęła tylko misia mocniej, przyciągając go pod brodę.
Doczołgałem się bliżej, poruszając się boleśnie powoli. Musiałem sprawdzić, czy nie jest ranna, zanim spróbuję ją ruszyć. — Jak masz na imię, kochanie?
Mrugnęła, strzepując pył z rzęs. Potem odezwała się cichutkim, zachrypniętym głosem: — Lily.
— Dobrze, Lily. Świetnie sobie radzisz. Jest tu ktoś z tobą? Mama albo tata?