Zatrzymałem się dopiero po minięciu ostatniego oświetlonego domu. Nadal była noc, a zimne powietrze cięło mi policzki, ale w środku po raz pierwszy zapanował spokój. Usiadłem na ławce, trzymając plecak w ramionach, czując drżenie kolan. Nie uciekałem jak rozpieszczone dziecko. Musiałem odejść, żeby nie zgubić siebie całkowicie.
W kieszeni miałem dokładnie 220 zl i nieaktywowaną kartę autobusową. W głowie miałem tylko jedną myśl: nie wracam.
Poszedłem na dworzec i zapytałem, co mogę zrobić z tymi pieniędzmi. Kasjerka, kobieta po pięćdziesiątce, spojrzała na mnie z rodzicielskim instynktem i powiedziała: