Dmitrij widywał dzieci w weekendy. Zabierał je na cały dzień i odwoził wieczorem. Rozmawiali tylko o dzieciach i sprawach codziennych. Tematów osobistych nie poruszali.
Trzy miesiące po odejściu męża Marina poczuła się naprawdę wolna. Mieszkanie znów stało się jej przestrzenią — nikt nie wpadał bez zapowiedzi, nie domagał się obsługi, nie krytykował.
Marina wprowadziła nowe zasady: jeśli ktoś chce przyjechać w gości, musi uprzedzić co najmniej dzień wcześniej. Jeśli planuje nocować — tydzień wcześniej. Dzieci przyjęły to spokojnie, nawet z ulgą — Dasza przyznała, że zmęczyły ją ciągłe wizyty babci.
Marina zapisała się na jogę, zaczęła częściej spotykać się z przyjaciółkami. Praca przestała być jedynym miejscem, gdzie można odpocząć od domowego chaosu. Teraz dom też stał się miejscem spokoju.
Pewnego wieczoru, gdy dzieci już spały, Marina siedziała na kanapie z książką. Za oknem padał deszcz, w mieszkaniu paliła się lampka, tworząc przytulny półmrok. Cicho, spokojnie. Żadnych żądań, pretensji, nachalnych rad.
Marina pomyślała o Dmitriju i Galinie Siergiejewnie. Czy żałowała tego, co się stało? Nie. Żałowała tylko straconych lat i tego, że nie postawiła granic wcześniej. Ale lepiej późno niż wcale.
Zadzwonił telefon — na ekranie wyświetlił się numer Dmitrija. Marina odebrała:
— Tak?
— Marina, cześć, — głos męża brzmiał na zmęczony. — Możemy się spotkać? Porozmawiać?
— O czym? — zapytała spokojnie Marina.