Dziecko.
Ojciec przestał chodzić.
„Proszę pana?” – rozległ się głos w telefonie. Policjant. „Pańska żona zaczęła rodzić. Wygląda na to, że nie dotarła do szpitala. Wezwałem karetkę. Jest przytomna. Chłopiec jest cały i zdrowy”.
Przez chwilę nie rozumiał.
„Poród?”
„Tak. Urodziła w domu”.
W tle płakała jego żona.
Nie z bólu.
Z ulgi.
„Nie chciałam panu mówić… że do terminu porodu zostały dwa tygodnie… Myślałam, że to fałszywy alarm…” – wyszeptała.
Ojciec usiadł na łóżku. Nogi już go nie podtrzymywały.
Cătălin wszedł do pokoju, gdy jego matka zaczęła krzyczeć. Drzwi zamknęły się odruchowo. Bóle pojawiły się nagle, jeden po drugim.
Sześcioletnie dziecko zostało samo na korytarzu, z sercem wielkości pchły.
Ale nie uciekło.
Nie schowało się pod kocem.
Przypomniało sobie, co ojciec powiedział mu na lotnisku.