Śmiech przesiąknięty jadem przeciął powietrze jak zardzewiały nóż po s
Cisza w sali stała się gęsta jak beton. Słychać było tylko ciężki oddech Andrzeja. Powoli, bardzo powoli zmieniał się na twarzy. Czerwony kolor ustąpił szarości, potem ziemistej bladości. Znał głos mojego zastępcy.
Przez ostatnie dwa miesiące rozmawiał z nim, błagając o spotkanie z „samym Wilkiem”. — Mateusz… Ryszardzie? — wychrypiał. Głos załamał mu się na falset. — We własnej osobie — spojrzałem mu spokojnie między oczy. — Właściciel „Baltic Investment”. Ten sam, którego psa właśnie wspomniałeś. Karolina przenosiła wzrok z męża na mnie. Jeszcze nie rozumiała. Docierało do niej powoli, jak do żyrafy. — Andrzejek, co ty? To przecież Wilk. Szczur. — Zamknij się! — wrzasnął Andrzej tak, że zadźwięczały widelce. Zerwał się z miejsca. Nogi go nie utrzymały. Potknął się o nogę krzesła, zachwiał i runął. Nie w przenośni, lecz całkiem dosłownie — na jedno kolano, próbując złapać się obrusu. Obrus pociągnął za sobą butelki z drogim szampanem za setki złotych. Brzęk tłuczonego szkła zabrzmiał jak wystrzał. Szampan rozlał się po białym obrusie złotą plamą. Butelka podskoczyła, potoczyła się po podłodze i zatrzymała przy moich sneakersach. Andrzej stał na jednym kolanie, wczepiony w tkaninę jak tonący w koło ratunkowe. Jego twarz wykrzywił grymas — nie z bólu. Ze strachu. Nie fizycznego.