Ktoś prychnął śmiechem. Ktoś odwrócił wzrok. Andrzej uśmiechnął się krzywo, odchylając się na oparcie krzesła. — Daj spokój, Karolina. Niech chłopak zje. Może zapakować mu na wynos? Mój pies by tego nie tknął, ale człowiekowi z głodu ujdzie. Patrzyłem na ten talerz. Na kość z kurczaka. Na zaschniętą skorupę sosu. I nagle zrozumiałem, że Ewa miała rację. Potwory straciły zęby. Przede mną siedziały nie „panowie życia”, lecz dwoje przestraszonych, starzejących się ludzi, którzy próbują udowodnić swoją wartość, poniżając innych. Sięgnąłem do wewnętrznej kieszeni kurtki. — Co, pistolet wyciągasz? — parsknął Andrzej, ale w jego oczach mignął strach. Wyciągnąłem telefon. Wybrałem numer. Włączyłem tryb głośnomówiący. — Halo, Mateuszu Ryszardzie? — po sali rozległ się głos mojego zastępcy. Wyraźny, rzeczowy, bez zakłóceń. — Tak, Łukasz. Dzwonię w sprawie kontraktu z fabryką „Fabryka Północ”. Z panem Nowakiem. Andrzej drgnął. Wykałaczka wypadła mu z ust. — Słucham, Mateuszu Ryszardzie. Prosił pan o przygotowanie odmowy. — Tak. Wyślij ją teraz. Sformułowanie: „W związku z utratą zaufania i niekompetencją kierownictwa”. I wpisz ich na czarną listę holdingu. Nie będziemy z nimi współpracować. Ani teraz, ani w przyszłości. — Przyjąłem. Wysyłam. Nacisnąłem „rozłącz” i położyłem telefon na stole. Obok talerza z resztkami.
Śmiech przesiąknięty jadem przeciął powietrze jak zardzewiały nóż po s