niesprawiedliwy. Przywiózł ją tam jakiś mężczyzna, twierdząc, że znalazł ją zagubioną. Miała wtedy około dziesięciu lat.
Elżbieta poczuła, jak ziemia usuwa jej się spod nóg. Chłopak opisywał jej córkę. To nie mogła być zwykła zbieżność.
— Czy kiedykolwiek mówiła coś o rodzicach? O tym, gdzie mieszkała?
— Tylko tyle, że pamiętała morze… i kobietę, która piekła słodki chleb.
Elżbieta zakryła usta dłońmi i wybuchnęła płaczem. Łzy płynęły bez opamiętania, a młody mężczyzna, nie wiedząc, co zrobić, położył jej delikatnie rękę na ramieniu.
— To była moja córka — wyszlochała. — To było moje dziecko…
Młody mężczyzna wstał gwałtownie, oszołomiony.