— Nazywała się Zosia. A przynajmniej tak na nią mówiono w domu dziecka — zaczął. — Dorastaliśmy razem, w ośrodku niedaleko Tczewa. Była najradośniejszą dziewczynką na świecie, zawsze potrafiła nas rozśmieszyć. Zmarła jakieś pięć lat temu… na chorobę. Do dziś nie wiem dokładnie jaką. Zrobiłem ten tatuaż, żeby nigdy o niej nie zapomnieć.
Te słowa odebrały Elżbiecie oddech. Poczuła, że brakuje jej powietrza. Oparła się o ladę, próbując powstrzymać łzy, ale oczy szybko napełniły się wilgocią.
— Zosia… powiedziałeś Zosia?
— Tak, proszę pani. Miała długie włosy, zawsze zaplecione w warkocze, i uśmiech… jakby w ogóle nie obchodziło jej, że świat bywa