Otworzyłem oczy w szpitalu, z oślepiającym białym światłem nade mną i ciągłym dzwonieniem w uszach. Moja prawa ręka była zabandażowana, a ramię pulsowało, jakby ogień uwięziony pod skórą. Pielęgniarka podeszła i zapytała, jak się czuję. Nie odpowiedziałem. Byłem zbyt zajęty słuchaniem ciszy – dziwnej ciszy, bez śmiechu, bez krzyków, bez Luki.
Po kilku godzinach do pokoju wszedł policjant. Pokazał mi swój dokument tożsamości i zapytał:
„Czy pan jest Andrei Popa?”
Skinąłem głową.