Tam, między tacami pełnymi kieliszków i dyskretnymi cieniami, stała ona. Lucía Morales, w czarnym uniformie z białym fartuchem, próbowała ukryć drżenie rąk, podczas gdy tłum wskazywał na nią jak na tanią atrakcję.
Wszyscy spodziewali się, że odmówi, ucieknie lub wybuchnie płaczem. Nikt nie spodziewał się, że tego wieczoru, w tej samej sali, los obróci się w taki sposób, że każdemu wybuchowi śmiechu zostanie położony kres.
Kryształowe żyrandole lśniły niczym małe słońca unoszące się nad wielką salą Palacio de Madrid.
Muzyka orkiestry wypełniała powietrze – elegancka, idealnie wyważona, jakby każda nuta kłaniała się gościom w nienagannych garniturach i jedwabnych sukniach, którzy śmiali się i unosili kieliszki szampana.