— Dzieci — powiedział —. Kiedy chorują, nie mam do kogo zadzwonić. Nie mam pieniędzy na nianię. Żyjemy z mojej pensji. Po opłaceniu czynszu i jedzenia zostaje nam kilka lei.
Laura usiadła na krześle, nie pytając o pozwolenie. Jej elegancki garnitur wyglądał tam absurdalnie.
Niemowlę zaczęło płakać głośniej. Laura instynktownie wstała i delikatnie je pobujała. Dziecko się uspokoiło. Zamrugała ze zdziwienia. Nie trzymała dziecka na rękach od dziesięcioleci.
— Jak mu na imię? — zapytała.
— Matei.
Została tam dłużej, niż planowała. Słuchała. Widziała. Czuła. Po raz pierwszy świat przestał być podzielony na zyski i straty.
Kiedy wstała, żeby wyjść, powiedziała tylko tyle:
— Wyjeżdżasz na tydzień od jutra. Zapłacone. I… porozmawiamy.