Dźwięk drzwi wciąż zdawał się rozbrzmiewać w jego głowie, gdy dwa lata później wrócił na zakurzoną drogę prowadzącą do Valea Mare.
Przyjechał drogim samochodem, w ubraniach wyprasowanych na miarę i z zegarkiem wartym połowę domów w wiosce. W Bukareszcie odniósł sukces. Miał firmę, pieniądze na koncie, ludzi, którzy podawali mu rękę i nazywali go „Panem Ionescu”.
Ale nie zaznał spokoju.
Na początku powtarzał sobie, że postąpił słusznie. Że w życiu nie chodzi o emocje, ale o sukces. Od czasu do czasu wysyłał pieniądze. Kilka tysięcy lei, potem dziesiątki tysięcy. Żadnych listów. Żadnych długich telefonów. Tylko przelewy i cisza.
Lucia o nic go nie prosiła.