„Chodź, Andriej” powiedziałem. „Do Snagowa”.
Andriej był moim prawnikiem. I moim przyjacielem. Człowiekiem, który nie zadawał zbędnych pytań.
Potem zwróciłam się do Eleny. „Jesteś zwolniona. Już”.
Jej twarz się zmieniła. Po raz pierwszy maska pękła.
„Nie możesz tego tak robić!” – podniosła głos.
„Mogę. To mój dom. Moja żona jest moją rodziną. A to, co tu zrobiłaś, to znęcanie się”.
Pracownicy wychodzili jeden po drugim. Niektórzy ze wzrokiem wbitym w ziemię. Inni z obojętnością, która bolała mnie bardziej niż arogancja Eleny.
Kiedy zostałyśmy same, Maria osunęła się na kanapę. Zaczęła cicho płakać, a szloch wstrząsał całym jej ciałem.
Opowiedziała mi wszystko.
Jak Elena powtarzała jej każdego dnia, że „prawdziwa kobieta dba o swój dom”. Jak odcinała jej dostęp do pewnych rzeczy „dla dobra dziecka”. Jak mówiła jej, że jeśli się dowiem, uznam ją za słabą, bezużyteczną.
Usiadłam obok niej i słuchałam. Nie przerywając jej. Nie broniąc się.