Ciągnęła, aż poczuła, jak trzaskają jej mięśnie, a w piersi kłuje. Mężczyzna poruszył się zaledwie o kilka centymetrów, ale dla Marii było to jak przenoszenie góry. Ciągnęła jeszcze raz. I jeszcze raz.
Śnieg wdzierał się do dziurawych butów, przemoczył cienkie skarpetki, ale to nie ustawało. Ciągnęła go, aż uderzył głową o sanki. Potem o ramiona. Potem o całe jego ciężkie ciało, które upadło z głuchym hukiem, jakby sama ziemia westchnęła.
Maria przez chwilę klęczała, dysząc. Chciała płakać. Nie płakała.