Mocny pułkownik publicznie upokorzył cichego, starszego mężczyznę
Wtedy przez wszystko przebił się głos — ostry, dopracowany, stworzony, by postawić człowieka na swoim miejscu.
„Jesteś głuchy, czy po prostu zagubiony?” — powiedział. „Te miejsca są dla zasłużonych gości i personelu czynnego. Nie dla włóczęgów.”
Głos należał do pułkownika Richarda Vance’a.
Stał z rękami na biodrach, a jego kombinezon lotniczy był tak perfekcyjnie wyprasowany, że wydawało się, jakby mógł stać samodzielnie.
Wpatrywał się w starego mężczyznę, który zapadł się głęboko w jeden z luksusowych foteli przy biurku podróży.
A ten facet… był pod każdym względem przeciwieństwem pułkownika.
Jego flanelowa koszula była wyblakła od tysiąca prań, spodnie khaki zmiękczone czasem.
Przy jego stopach leżała prosta torba podróżna, jak stary, zmęczony pies.
Spojrzał w górę, jego oczy były blade, wodniste, niebieskie.
Ale w nich tkwił spokój, cisza, która wydawała się wchłaniać złość pułkownika, nie oddając nic z niej z powrotem. Po prostu wyglądał… na zmęczonego.