Poranne słońce przebijało się przez gęste chmury, rzucając przytłumione światło na miasto.
W cieniu niedokończonego budynku poruszył się chłopiec imieniem Benjamin.
Owinięty w cienki, podarty koc, otworzył zmęczone oczy na znajomy widok popękanych ścian i podłóg pokrytych kurzem.
To był jego dom — prowizoryczne schronienie, które oferowało niewiele więcej niż dach nad głową.
Zimny wiatr szumiał przez szczeliny, a jego brzuch burczał z głodu.