I wyszedłem.
Za mną usłyszałem, jak Patricia zaczyna ciężko oddychać i ktoś woła o pomoc. Daniel stał nieruchomo, z rękami na stole, wpatrując się w przestrzeń. Po raz pierwszy wydawało mi się, że to on jest wykorzystywany.
Wyszedłem na ulicę, na chłodne wieczorne powietrze. Braszów był rozświetlony, ludzie chodzili cicho, a ja poczułem, że w końcu mogę oddychać.
Przez pięć lat oferowałem mu spokój, dom, wsparcie i cierpliwość.
Teraz oferowałem sobie coś jeszcze cenniejszego:
Nowe życie.
Bez niego.
Z godnością, jasnością umysłu i podniesioną głową.
I po raz pierwszy od dawna, naprawdę… wolna.